Europa

Co to Cza Cza i czy naprawdę łączy ludzi ? Oj moi drodzy wszędzie gdzie będziecie szukać informacji o tym kraju to Cza Cza będzie się pojawiała. To co się wydarzyło przez dwa tygodnie pobytu zmieniło moje nastawienie do życia i pokazało, ze ludzie naprawdę mogą być życzliwi.

Chyba nigdzie jeszcze nie wypiłem takiej ilości alkoholu jak w Gruzji! Dlaczego? Bo z grzeczności jeżeli ktoś Cię częstuje, a zazwyczaj jest to gospodarz to nie wypada odmawiać i ja tak samo w myśl tej idei cały czas się zgadzałem to na jednego, a kończyło się jak zawsze w takich sytuacjach.
Przygoda zaczęła się w Kutaisi, no może nie do końca się zaczęła, gdyż było tam nad wyraz spokojnie jak na moją osobę ale od tego miejsca właśnie rozpoczyna się moja podróż przez Gruzję.

Po paru dniach aklimatyzacji i małego zwiedzania za cel postawiliśmy sobie Batumi - kurort nadmorski znany również jako Las Vegas nad morzem Czarnym. I tutaj się wszystko zaczyna. Na starcie poznaliśmy ekipę backpakerów głównie z Rosji ale także znalazło się dwóch polaków Kosma i Artur. Kosma - młody student który za cel wakacyjny postawił sobie podróż przez Rosję, Gruzję, Armenię, Azerbejdżan i Ukrainę oraz Artur - 56 latek, który jak to nam sam powiedział: „Do wiosny nie pracuję i mam zamiar zwiedzić trochę świata”. Tak więc ekipa na najbliższe parę dni zmontowana.

Następnego dnia plan był istnie turystyczny i mieliśmy wyjść na miasto co by rozejrzeć się po okolicy, jednak na przeciw wyszła nam pogoda i niestety przez burzę musieliśmy zostać w hostelu. I tutaj po raz kolejny niespodzianka bo przeszliśmy do planu B. Mianowicie jak tylko weszliśmy ekipą do naszej rezydencji zagadał do nas właściciel i zaproponował Cza Cze (gruziński winiak, którego źródłem jest wytłok winogronowy). Jak tutaj odmówić ? No to co po kieliszku i idziemy odpocząć. Niestety tak pięknie nie było, gdyż dołączyła do nas ekipa z Rosji, a sami wiecie jak to z nimi jest. Podobno to my Polacy potrafimy wypić ale w porównaniu z nimi to my tylko degustujemy. Nadszedł wieczór i właściciel postanowił zabrać Kasię oraz Irinę (Rosjankę poznaną dzień wcześniej, która zostawiła męża w domu i postanowiła motocyklem wyruszyć do Gruzji) po kolejne zapasy gdzieś do znajomego Gruzina, który pędził własnej roboty bimber i wino. Impreza trwała dalej do późnych godzin wieczornych.

Przyszedł kolejny dzień i pora wyjazdu. Okazało się, że Artur postanowił dołączyć do nas i spędzić kilka dnia podróżując razem z nami. Za cel obraliśmy Bordżomi. Więc zwarci i gotowi złapaliśmy Marszutke i pojechaliśmy na dworzec. Jest pociąg, jesteśmy i my cali i zdrowi z lekkim bólem głowy. Podróż spokojna i przyjemna. Po drodze zapoznałem się z Levanem - młodym marynarzem, który pracuje na statkach oraz studiuje nawigację na uczelni morskiej. Po paru godzinach jazdy w końcu dojechaliśmy do Chaszuri. No i zaczynamy zabawę. Jest godzina koło 23, a tu ani taksówek ani marszutek, a przed nami jeszcze ok. 30km do Bordżomi. Co robić? Na pomoc wyszła nam starsza pani, która ma malutki sklepik na dworcu i mówi, że postara się nam pomóc i możemy zaczekać u niej w sklepie. Z grzeczności za pomoc postanowiliśmy wraz z Arturem kupić coś u niej i padło na koniak (praktycznie to samo co Cza Cza tylko delikatniejsze i innym kolorze). Po paru minutach spędzonych na telefonie nasza gospodyni przekazuje nam informację, że jej znajomy postara się nas zawieść do naszej miejscowości ale w razie czego możemy nocować w jej sklepie na podłodze. Jest alternatywa! Jak się okazuje po jakiś 2 godzinach owy kierowca jednak przyjechał po nas i zabrał do Bordżomi.

Zmęczeni dojechaliśmy do celu, lecz to nie był koniec naszego dnia, gdyż miejsce gdzie się mieliśmy zatrzymać jest zamknięte. I tutaj z odsieczą przyszedł nasz kierowca. Zaczął chodzić i stukać po drzwiach i nagle z sąsiedniego domu wyszedł jakiś młody mężczyzna, który jak się okazało miał wolny pokój i po szybkich negocjacjach postanowiliśmy z braku innej opcji zatrzymać się w jego małym pensjonaciku, który liczył tylko jeden pokój. Jest dobrze. Mamy gdzie spać.

Kolejne dni to treking po pobliskich wzgórzach, próbowanie lokalnej kuchni i ogólnie chillout. Tutaj też żegnamy się z Arturem, który obiera kierunek na Armenię, a my jedziemy do Tbilisi. Kolejny poranek, kolejny pociąg. Wsiadamy i jedziemy. Ktoś kto będzie się wybierał do Gruzji musi obowiązkowo spróbować podróży pociągami i marszutkami. Jest to niesamowite przeżycie i człowiek może zaobserwować jak żyją i podróżują zwyczajni ludzie, którzy traktują pociągi nie tylko jako środek transportu ale również jako miejsce pracy. Chodząc między wagonami i sprzedając napoje, przekąski czy cokolwiek innego byle tylko zarobić na życie. Dojechaliśmy do stolicy. Tbilisi w mojej opinii nic szczególnego. Stolica jak każda inna i poza tym, że postanowiliśmy się spotkać z Levanem, którego poznaliśmy w pociągu kilka dni wcześniej nie wydarzyło się nic szczególnego. Nadszedł wieczór, po małych poszukiwaniach w internecie na temat Tbilisi udało się ustalić, że w centrum jest polska knajpa o nazwie „Warszawa”, więc pomyślałem czemu by nie zabrać tam mojego gruzińskiego przyjaciela. Spotkaliśmy się przy stacji metra i dostałem przywitalny prezent w postaci 5 litrowego baniaka wina! Spędziliśmy z Levanem i jego kuzynem parę chwil w „Warszawie”, a po paru piwach przyszedł czas żeby się pożegnać z moim bratem z Gruzji i ruszyć do hostelu.

Następnie udaliśmy się w stronę gór Kaukazu czyli do Kazbegi nad samą granicę z Rosją. Nie wiem czy to tradycja czy ludzka uprzejmość ale na dzień dobry w naszym nowym miejscu zakwaterowania dostaliśmy wino. Właściciel nam wytłumaczył, że musimy poczekać parę chwil kiedy oni przygotują nam pokój. Wspaniały widok na Kazbeg ( 5047m n. p.m ) i słońce więc można czekać. Po tym jak się rozpakowaliśmy, postanowiliśmy ruszyć na przechadzkę do Cminda Sameba, klasztoru położonego na wysokości 2170m n. p.m. Po 4 godzinach byliśmy już na dole jedząc lokalne Kinkali. Kolejne dni zleciały na trekingu i relaksie w górach. I przyszedł dzień naszego wyjazdu. Szybkie śniadanie i wyjazd. I kolejny raz niespodzianka. Brak miejsc w marszutce. I tutaj z inicjatywo wyszedł kierowca. Znalazło się jedno miejsce dla Kasi, a mi zaoferował taboret. 3 godziny jazdy po górskich drogach. Nie było łatwo ale jakoś to przeżyłem. Na dodatek poznaliśmy grupę polaków, którzy postanowili wspinać się na szczyt ale przez pogodę im się to nie udało. Teraz wesoło wszyscy razem siedzieli z tyłu i popijali wino.

Nawet nie wiem jak minął ten czas w tym pięknym kraju, a tu przyszła już pora, żeby wyjeżdżać. Co do Gruzji to przyznam się, że skradła moje serce. Przez miejsca, które widziałem ale co najważniejsze przez ludzi tam poznanych i ich życzliwość do drugiej osoby. Mając tak niewiele starają się dać wszystko co mogą, żeby tylko pomóc, żeby człowiek wspominał ich kraj pozytywnie. Nigdy w życiu nie spotkałem się z czymś takim i teraz wiem, że będę tam wracał ilekroć będę tylko mógł.


Address : Radius :

Ciekawe - Europa, Świat